Właśnie przeczytałam, że restauracja Eleven Madison Park zajęła 1 miejsce w prestiżowym rankingu restauracji World’s 50 Best Restaurants. I łza zakręciła mi się w oku z radości, że kiedyś tam byłam. Bo szczerze, dla  mnie to było najlepsze „jedzeniowe” życiowe doświadczenie. 

Miejsca w których chcielibyśmy zjeść w Nowym Jorku były przemyślane i oparte na rankingach. Planowaliśmy to z dużym wyprzedzeniem, robiliśmy rezerwację i ekscytowaliśmy już na samą myśl. To było 5 lat temu!

Dla mnie Eleven Madison Park to doskonale działający organizm. Od chwili wejścia do restauracji czuliśmy, że ktoś się nami opiekuje. Obsługiwało nas kilka osób i doskonale wiedzieli w którym momencie skończyliśmy jedzenie, kiedy potrzebowaliśmy wsparcia czy kiedy wstaliśmy od stołu. Przy czym nie była to obsługa narzucająca się. Tak szczerze to się ich trochę baliśmy 😉 Jeden z obsługujących nas Panów zapytał czy nie mamy żadnych alergii lub czy czegoś nie lubimy. Trudno było powiedzieć, co dostaniemy do jedzenia, bo karta składała się tylko z pojedynczych słów kluczy. Oczywiście wszystko było niezmiesko dobre. Począwszy od ciasteczek, sałatki z foie gras, ryby, gnochi w rosole, polędwicy, ziemniaków z kilkoma rodzajami sera (na deser! – ale mieszkając w Szwajcari teraz to rozumiem) czy lodów z kożuchem z mleka.

Wychodząc z restauracji czekała na mnie książka z podpisami obu Panów. Do dziś Daniel Humm i Will Guidara „patrzą” na mnie z najwyższej półki. Nie zdradzę Wam ile zapłaciliśmy za ten lunch, ale jedno jest pewne – naprawdę warto!