Szczerze nie wiem jak mogłam przegapić Karnawał w Szwajcarii w ubiegłym roku. Było tak kolorowo, było tak wyjątkowo! Podobno najważniejsze parady są w Lucernie i Bazylei, ale jak na pierwszy raz Rapperswil w zupełności mi wystarczyło.

Uwielbiam to, że wszyscy się przebierają. Uwielbiam, że jest tak kolorowo. Konfetti było dosłownie wszędzie. Parada przechodziła przez ulice, dzieci dostawały cukierki, dorośli prosseco i grzane wino. Przebrania były różne. Od arlekinów, trole, czarownice i straszne potwory. Uwierzcie, niektóre były naprawdę okropne! Nasze dzieci chowały się wtedy za naszymi plecami. Zresztą nie tylko nasze 😉 Dowiedzieliśmy się, że potwory są niezbędne, dlatego, że mają one przegonić zimę. To taka nasza Marzanna.

Konfetti było wszędzie, naprawdę! Cieszyłam się jak dziecko! Parada nie zdąrzyła się jeszcze zakończyć, a już trwały pracę porządkowe. I za to ich naprawdę uwielbiam!

Byłam również na paradzie w sąsiedniej Jonie, ale było to przeznaczone dla dzieci ze szkół, które przebierały się i dostawały nagrody za najlepsze przebrania. Ale… było coś, co wprawiło mnie w zdumienie. Na początku pochodu jechał wóź, na nim stali mężczyźni i w wielkich garach podgrzewali białą kiełbasę, która potem była przekładana do koszyków i rozdawana – przepraszam – podawana ręką ludziom. Było to dla mnie coś tak niehigienicznego. Ta jedna kiełbasa przechodziła przez tyle rąk i uwierzcie, nikomu to nie przeszkadzało w jej zjedzeniu. Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, ale jakże się myliłam, bo kilka dni później odbywała się kolejna karnawałowa uroczystość…